Sobota, 28 stycznia 2012

Pardon

Poppolityka. Prawdy, emocje i pogłoski

Profil użytkownika:

_NN
_NN
Ilość odwiedzin: 44588
RSS

Blog użytkownika

Sobota [16.04.2011, 19:13]
W odpowiedzi na komentarz PO Block-a:
http://www.pardon.pl/komentarz/5/3285102/3285...
ponieważ komentarz musi zmieścić się w 3 tysiącach znaków, pozwalam sobie założyć kolejną GD, aby kontynuować ten jeden wątek.
Mam poważne wątpliwości co do rewelacji "Naszego Dziennika", a to z kilku powodów.
1. Źródło - "Nasz Dziennik" - już nie raz udowodnił, że potrafi opublikować bzdury nie z tej ziemi, ale żeby sprostowanie czy przeprosiny? Nigdy w życiu.
2. Źródło - no właśnie. Nie sądzę, żeby którykolwiek z członków tzw. Komisji Millera zgodził się rozmawiać z "ND". Wątpliwe też, by załoga Tu-154M Lux nr boczny 102, którą zobowiązano do zachowania tajemnicy, w obliczu możliwych konsekwencji dyscyplinarnych lub karnych (za ujawnienie tajemnicy postępowania) zdecydowała się na rozmowę z reporterami "ND". To pozostawia ewentualnie postronnych obserwatorów albo obsadę wieży (wojskowych kontrolerów lotów z Powidza) jako informatorów gazety, a oznacza to, że takie źródła nie dysponują wystarczającą wiedzą, aby na podstawie ich "opowieści" wysuwać "niepodważalne" hipotezy. Ewentualności, że "informator" "Naszego Dziennika" to po prostu autor publikacji w "ND" nawet nie śmiem rozważać.
3. Nie wiadomo, czy załoga Tutki Nr 101 w ogóle wcisnęła przycisk "Uchod". Brak śladu po takim zdarzeniu w zapisach rejestratora lotów - niektórzy z ekspertów analizujących zapisy rejestratora sądzą, że samo naciśnięcie tego przycisku nie zostaje odnotowane przez rejestrator parametrów lotu.
4. Zakładając, że przycisk został wciśnięty, nie wiadomo, czy zadziałał, a w szczególności, czy zadziałał prawidłowo na lotnisku bez ILS. Zapisy rejestratora parametrów lotu wskazują bowiem, że moc silników wzrosła do maksimum na 5-7 s. przed uderzeniem w ziemię, czyli o pięć sekund za późno, aby silniki "rozkręciły się" do pełnej mocy generując ciąg wystarczający do poderwania maszyny. Komenda "odchodzimy" pada na 20 s. przed uderzeniem. Co działo się pomiędzy wydaniem tej komendy a faktycznym zwiększeniem ciągu i wychyleniem sterów wysokości?
5. System ILS wysyła sygnały pozwalające komuterowi sterującemu autopilotem na określenie nie tylko optymalnej ścieżki schodzenia nad pas startowy przy lądowaniu, ale również optymalnej ścieżki odejścia po przerwaniu procedury podchodzenia do lądowania. Trudno przewidzieć, jak "zachowa się" autopilot, który nie otrzymuje sygnałów ILS.
6. Te 15 s. odstępu między komendą "odchodzimy", a zwiększeniem ciągu do maksimum poddaje w wątpliwość skuteczność czy nawet sam fakt zadziałania przycisku "uchod". Nawet, jeżeli teoretycznie również nad lotniskiem nie wyposażonym w ILS powinno zadziałać, najwyraźniej w przypadku Tutki nr 101 nie zadziałało, bo jak inaczej można wytłumaczyć fakt, że dopiero na 5-7 s. przed uderzeniem w ziemię, manetki ciągu przestawiono na maksymalny ciąg? Piętnastosekundowa zwłoka w działaniu systemu? Raczej fakt, że nie zadziałał, chwila paniki wśród załogi i nagła decyzja o próbie ręcznego poderwania maszyny.
Reasumując, dopóki nie zobaczę na własne oczy wyników eksperymentu potwierdzonych przez komisję badania wypadków lotniczych kierowaną przez Jerzego Millera, zachowam dużą ostrożność w komentowaniu rewelacji "fachowych" czasopism pokroju "ND".

21 komentarzy

Czwartek [14.04.2011, 21:20]


http://rmg.fm/2011/04/wojsko-w-perspekywie-25-lat/

Strategiczny Przegląd Obronny przewiduje, że Siły Zbrojne Najjaśniejszej już nie będą przeznaczone do jej obrony. O wolność Waszą i Naszą walczyć mają przede wszystkim poza granicami naszego cudownego kraju - np. w Afganistanie czy w Libii. Teraz więc jasne jest, czemu zakupiono "Jaszczompy", czemu pozyskaniu HMMV, Rosomaki, czemu intensywnie szkoli się naszych żołnierzy z wykorzystania jankeskich MRAP-ów typu Cougar czy Maxx Pro Dash.
Po to, żeby na gwizdek Wielkiego Brata zza oceanu, nasi chłopcy rzucili się do "wiernego służenia Rzeczypospolitej Polskiej, strzeżenia jej niepodległości i granic" gdzieś w Azji albo Afryce. Po to, żeby pan PRemier mógł pytać, dlaczego przez 20 lat po transformacji ustrojowej MON inwestowało w sprzęt, cytuję, "zupełnie nieprzydatny w realiach Iraku czy Afganistanu".
Dotychczas myślałem, że konstytucyjnym  (i nie tylko) zadaniem polskiego wojska jest obrona Ojczyzny. Okazuje się, że być może i owszem, ale nie naszej. Bronić będziemy ojczyzny jankesów (wszak musimy włazić im pod ogon bez mydła) przed mniej lub bardziej wyimaginowanym zagrożeniem pochodzącym z najdalszych zakątków naszego globu. Do tego potrzebny będzie, oczywiście, jankeski sprzęt, za grube miliony baksów, następnie remontowany przez jankesów za nie mniej gruber miliony baksów, ale kompletnie niesprawdzający się w realiach wojny obronnej prowadzonej w środkowoeuropejskim kraju o urozmaiconej rzeźbie terenu, gdzie sprzęt projektowany z myślą o obszarach pustynnych po prostu do niczego się nie przyda.
Grunt, że pokażemy, jaki z Polski "wierny" i spolegliwy sojusznik USA...

P.S. Alleluja! Można dodawać wpisy!!!

9 komentarzy

Środa [23.02.2011, 9:34]

Miałem na dziś wzamyśle zupełnie inną notkę, na teman afgańskiego poligonu (wpadka ministra Klicha po raz kolejny powtórzona bezmyślnie przez dziennikarzy), ale szanowy redaktor reprezentujący jedynie słuszną opcję znów dostarczył mi materiału. W swoim artykule znów usiłuje dorobić teorię spiskową do smoleńskiej katastrofy, korzystając z publikacji Naszego Dziennika zawierającej wywiad z byłym funkcjonariuszem CIA o rzekomym przestawianiu radiolatarni.

 

Pomijam już fakt, że rydzykowe medium rozmawia z masonem i w dodatku daje wiarę jego rewelacjom. Nie wzbudziło zainteresowania dziennikarzy, że funkcjonariusz CIA to mało wiarygodne źródło choćby z tego względu, że w jego zawód wpisane jest niemalże patologiczne łgarstwo? Że cała jego kariera zawodowa oparta była na umiejętności oszukania, zmylenia i okłamania przeciwnika, zwłaszcza kontrwywiadów państw bloku wschodniego? Nietrudno zatem wyobrazić sobie, że sprzedanie zmyślonej historyjki bez mrugnięcia okiem, w przekonujący sposób, to dla tego gościa betka.

 

Co ciekawe, za wyjątkiem zestrzelenia KAL 007, ów amerykański James Bond przywołuje jedynie przypadki zestrzelenia amerykańskich samolotów szpiegowskich przez lotnictwo ZSRR. Samolotów, które zdaniem ówczesnych władz radzieckich naruszyły przestrzeń powietrzną ZSRR nie przez pomyłkę, tylko celowo, zbierając dane wywiadowcze.

 

Obie zestrzelone maszyny były bowiem rozpoznawczymi, czy też szpiegowskimi wersjami odpowiednio Herculesa i bombowca strategicznego B-47. Nie dziwi więc fakt, że Rosjanie postanowili pozbyć się szpiegów i wcale nie musieli się uciekać do sztuczek ze zwabianiem samolotów nad swoje terytorium.

 

W przypadku zestrzelenia Herculesa, oficjalne rządowe źródła w USA dyplomatycznie wspominają o tym, że załogę być może zdezorientowały radzieckie urządzenia radionawigacyjne  (...) pracujące na częstotliwościach podobnych do tych w [tureckich miejscowościach] Van i Trabzon. W języku szpiegów takie dyplomatyczne sformułowania oznaczają ni mniej, ni więcej, tylko wiemy, co się stało, ale to sprawa bezpieczeństwa narodowego, więc będziemy udawać, że nie wiemy.

 

Najprawdopodobniej załoga dostała zadanie wykonania lotu rozpoznawczego nad terytorium ówczesnego ZSRR, a Amerykanie liczyli, że Sowieci nie będą strzelać
do nieuzbrojonego samolotu. Hipotezę tę zdaje siępotwierdzać kilkakrotne akcentowanie w raporcie NSA, że maszyna była nieuzbrojona, nie stanowiła zagrożenia dla sowieckich myśliwców (w przeciwieństwie do RB-47, który był uzbrojony i odpowiedział ogniem, dostarczając pilotom radzieckich myśliwców dodatkowego usprawiedliwienia dla zestrzelenia maszyny), a jej zestrzelenie było przesadą w stosunku do szkody wyrządzonej lotem szpiegowskim. Inna sprawa, że w pogoni za amerykańskimi maszynami szpiegowskimi radzieckie myślice często wypuszcały się poza radziecką przestrzeń powietrzną, niewykluczone więc, że zestrzelenie nastąpiło nad terytorium Turcji, a uszkodzona maszyna kontynuując lot przekroczyłą granicę radziecką, gdy piloci utracili nad nią kontrolę i rozbiła się już na armeńskiej ziemi.

 

Co do RB-47, Amerykanie oficjalnie twierdzą, że pilot MiG-19 otworzył ogień do amerykańskiej maszyny nad wodami międzynarodowymi (w międzynarodowej przestrzeni powietrznej) i do zestrzelenia doszło poza terytorium ZSRR. Zadaje to kłam twierdzeniom rozmówcy Naszego Dziennika, jakoby Rosjanie zmylili systemy nawigacyjne maszyny amerykańskiej, żeby zwabić ją nad terytorium ZSRR. Jeżeli emerytowany szpieg CIA twierdzi inaczej, mógłby chociaż przytoczyć źródła, które podważyłyby oficalne stanowisko władz USA, bo zdaje się on zarzucać amerykańskiemu rządowi kłamstwo.

 

O tym, jak intensywnie szpiegowano z powietrza ZSRR i inne kraje bloku wschodniego, niech świadczy lista maszyn zestrzelonych w czasie zimnej wojny.Gros maszyn na tej liście to albo typowe samoloty rozpoznawcze, albo szpiegowskie modyfikacje inncy maszyn wojskowych.

 

Sprawa KAL 007 jest bardziej skomplikowana. Formułuje się różne hipotezy, od wystawienia Jumbo-Jeta na wabia radzieckiej obronie przeciwlotniczej, podczas gdy lecący trop w trop za KAL 007 szpiegowski RC-135 zbierał dane SIGINT w celu ustalenia charakterystyk radiolokatorów sowieckiej OPLOT, aż po błąd INS spowodowany wprowadzeniem niewłąściwych współrzędnych lub anomaliami pola magnetycznego Ziemi w tym rejonie.

 

Tak czy  inaczej, żaden z opisanych powyżej przypadków nie daje podstaw do stwierdzenia, że Rosjanie manipulowali systemami radionawigacyjnymi. Gdyby tak było, to w rejonie Kamczatki czy Sachalinu rozwaliłyby się lub zostały zestrzelone dziesiątki maszyn pasażerskich i wojskowych. Meaconing proponuję zaostawić zespołowi posła Macierewicza. Inaczej nie będzie miał czym się zająć.

25 komentarzy

Sobota [19.02.2011, 0:09]

Tyle uwagi poświęca się wpadkom prezydenta Komorowskiego, które w porównaniu z gafami lekarza psychiatry z wykształcenia, pacyfisty z zamiłowania, a Ministra Obrony Narodowej z zawodu po prostu bledną. Nie tak dawno temu pan minister raczył był  stwierdzić w jednym z wywiadów prasowych  (Gazeta Wyborcza, 2011-02-17, s.2, "Niemcowi rekruta nie damy", Marcin Górka, Bartosz T. Wieliński), litościwie przemilczanym przez większość mediów z tzw. mainstreamu, że nie ma różnicy między uposażeniem szeregowego zawodowego w Polsce i Niemczech. Sedno moich przemyśleń na ten temat oddaje felieton Artura Bartkiewicza. Najwyraźniej psychiatria wykorzystuje inną arytmetykę niż ta, której uczyliśmy się w szkole.

I śmiesznie, i strasznie, można by rzec. Ale zupełnie nie jest mi do śmiechu, gdy czytam i słucham o tym, jak zamierzamy kupić od Niemców Patrioty z demobilu. Sprzęt, w którego modernizację niezbędną dla doprowadzenia do do względnej używalności należałoby zainwestować dwukrotność ceny zakupu. W dodatku, tu cytat, zakup zestawu Patriot nie będzie wiązać się z pozyskaniem nowych technologii i włączeniem polskiego potencjału naukowo-przemysłowego w jego rozwój.

Innymi słowy, owoce modernizacji przestarzałego poniemieckiego sprzętu z demobilu przejedzą firmy amerykańskie lub niemieckie. Najwyraźniej umiłowanie Wielkiego Brata zza oceanu i szajsu u niego produkowanego osiągnęło już w Polsce apogeum. Do tego stopnia, że gdy do Morąga przyjeżdżały puste kontenery startowe służące do ćwiczeń obsług wyrzutni Patriotów, zdaniem ministra Klicha obecność tych atrap uzbrojenia zwiększała bezpieczeństwo Polski. Ciekawe, nieprawdaż?

Pomijam już fakt, iż nie tak dawno MON ogłaszało szumnie przetarg na kompleksową modernizację systemu obrony powietrznej dla Polski, obejmującej systemy od VSHORAD po systemy antybalistyczne średniego/dalekiego zasięgu. Jedną z ofert składało konsorcjum złożone z koncernu MBDA i Bumaru, które to konsorcjum owo przedsięwzięcie nazwało dumnie Tarczą Polski. System miał obejmować systemy krótkiego zasięgu, oparte o polskie pociski GROM i ewentualnie system Loara, systemy średniego  zasięgu oparte na pociskach VL Mica oraz dalekiego zasięgu, w tym przeciwbalistyczne, w oparciu o pociski Aster. Integratorem systemów uzbrojenia i dostawcą systemów dowodzenia  i kontroli miał być Bumar. Dostawą pocisków Mica i Aster miałoby zająć się MBDA. Z punktu widzenia polskiej zbrojeniówki kontrakt z konsorcjum MBDA/Bumar przyniósłby spore korzyści związane z transferem technologii i bezpośrednim udziałem w produkcji niektórych elementów systemu. Zakup Patriotów oznaczałby brak korzyści offsetowych albo korzyści takie, jak przy realizacji programu F-16.

Działania MON zmierzające do odkupienia poniemieckich Patriotów z demoblilu zdają się przesądzać losy przetargu na systemy OPlot , wskazują bowiem ewidentnie na zamiar oparcia polskiej obrony powietrznej na nieperspektywicznym systemie Lokheed Martin/Raytheon. I to wszystko w atmosferze twierdzeń o maksymalnej przejrzystości zamówień obronnych, odkąd odpowiada za nie Marcin Idzik, niegdysiejszy pogromca korupcji w MON (czyli Szef Biura ds. Procedur Antykorupcyjnych), wskazywany przez prasę fachową jako odpowiadający za omijanie przetargów
i inne nieprawidłowości w czasie zakupów uzbrojenia przez MON.

Potencjalny następca systemu Patriot nie powstanie.  Sami Amerykanie mówią , że Patrioty wyczerpały potencjał modernizacyjny. Jednym słowem, aby nie przerywać wazeliniarstwa wobec USA, MON zamierza skazać Siły Zbrojne RP na korzystanie przez dziesiątki lat z wadliwego, nieskutecznego i nieperspektywicznego sprzętu made in USA, bez korzyści dla polskiego przemysłu obronnego. Z takim ministrem zapewne cały kraj czuje się bezpieczniej

16 komentarzy

Poniedziałek [24.01.2011, 0:11]
Cytat z portalu sfora.pl: "Talibowie znaleźli sposób na polskie rosomaki. Wiedzą o tych wozach wszystko."
Sfora na dokładkę przytacza rzekome źródło , które posługuje się zgoła innymi sformułowaniami.
Abstrahując od słuszności udziału polskiego wojska w ISAF, do k...y nędzy, ktoś podjął takie decyzje, więc może nie utrudniajmy chłopakom życia bardziej niż nasi politycy i talibowie razem wzięci?
Afgańscy partyzanci nie poznali nagle tajnych szczegółów konstrukcji Rosomaków (właściwie Patria AMV). Działają metodą prób i błędów. 20 kg TNT nie wystarczyło? Może wystarczy 50 kg.  A czasami, "dla pewności", podłożymy 100 kg - ładunek, który z  M1A1 Abrams czy Leoparda 2A6 albo  Challengera 2 zrobiłby puszkę krwawej mielonki, a co dopiero z KTO, któremu pod względem masy i opancerzenia trudno równać się z czołgiem.
Reasumując. O takich zdarzeniach należy pisać przytaczając suche fakty, a nie insynuacje adekwatne dla pismaków rodem z Fucktu, będące wodą na młyn organizacji, które za punkt honoru postawiły sobie uśmiercenie jak największej liczby "niewiernych". To samo tyczy się Pardonowych "speców" od wojskowości. Zanim wysmażycie jakąś bzdurę, zajrzyjcie do źródeł. I pomyślcie. Przecież to nie boli.

15 komentarzy

Sobota [22.01.2011, 19:11]
Jak donosi portal TVN24.pl, lądowanie z VIP-ami na pokładzie w warunkach poniżej minimum to dla pilotów 36 specjalnego pułku lotnictwa transportowego niemalże rutyna.
Jak nie było warunków do lądowania, wystarczył jeden lub dwa telefony, żeby obsada lotniska (kontrolerzy lotów+służby meteo) sprokurowała odpowiednie warunki na kilkanaście minut niezbędnych do zakończenia podejścia do lądowania rządowej maszyny, a potem nagle komunikat meteo "wracał do normy" i lotnisko zamykano.
Pomijam już fakt, że ś.p. Lech Kaczyński z lotniska na Babich Dołach korzystał rzadko (obraził się za brak "godnych jego osoby" warunków w budynku Wojskowego Portu Lotniczego) i jako punktu przesiadkowego w drodze do Juraty wykorzystywał raczej gdańskie lotnisko w Rębiechowie (przepraszam - Port Lotniczy Gdańsk-Trójmiasto im. Lecha Wałęsy), czym spędzał sen z powiek zarówno BOR-owikom, jak i kadrze 36 splt, nie wspominając już o tym, jakiej k...icy dostawali kontrolerzy lotów z Rębiechowa, musząc - ze względów bezpieczeństwa - wstrzymywać operacje lotnicze w Rębiechowie na czas (mniej lub bardziej, ze wskazaniem na mniej, punktualnego) przybycia prezydenckiej maszyny.
Okazuje się, że kozacki wyczyn załogi Jak'a-40, lądującej mimo braku zezwolenia wieży w Smoleńsku, mógł być standardem w 36 splt. Eksperci lotniczy, w tym byli dowódcy spec-pułku, podkreślali niejednokrotnie, że w pułku promowano nie dbałość o bezpieczeństwo i przestrzeganie procedur, ale właśnie "kozaczenie" i wykonywanie zadania za wszelką cenę.
Płk Edmund Klich, w jednym z wywiadów telewizyjnych stwierdził, że jeżeli faktycznie załoga Jaka lądowała nie otrzymawszy zezwolenia, albo raczej wbrew zakazowi kontrolerów, to zamiast gratulacji z tytułu "wykonania zadania w brawurowym stylu", powinna zostać dyscyplinarnie wykopana z armii, pozbawiona uprawnień do pilotowania i obłożona dożywotnim zakazem siadania za stery.
Moim zdaniem kto, jak kto, ale płk Klich powinien wiedzieć, czy faktycznie Jak-40 siadał bez pozwolenia. Jeżeli wie, to powinien niezwłocznie zawiadomić prokuraturę wojskową o popełnieniu przez pilotów przestępstwa sprowadzenia bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy lotniczej.
Jeżeli nie będzie konsekwencji, to katastrofy takie jak CAS-y pod Mirosławcem, czy Tutki pod Smoleńskiem będą się powtarzać, bo załogi usłyszą: "Zuch" i dostaną gratulacje, zamiast nagan.
"Poklepanie po plecach od kopniaka w d... dzieli tylko kilka kręgów". Piloci 36 splt powinni o tym pamiętać.

33 komentarze

Wtorek [18.01.2011, 23:20]
Materiał przedstawiony w czasie konferencji był przygotowany fatalnie i daje więcej argumentów stronie rosyjskiej, niż nam. Pokazywał także bardzo złe przygotowanie pilotów - mówili w TVP Info Wojciech Łuczak, wydawca magazynu "Raport", i Jan Osiecki, autor książki "Ostatni Lot" o przyczynach katastrofy smoleńskiej.
Eksperci nie zostawili na prezentacji szefa MSWiA suchej nitki. Jak mówił Wojciech Łuczak, przede wszystkim zarzuty w stosunku do kontrolerów mieli ludzie, którzy "wyrokowali we własnej sprawie" - pracownicy Ministerstwa Obrony Narodowej. Ludzie, którzy w MON odpowiadali za procedury szkoleniowe i bezpieczeństwa lotów, na konferencji oceniali skuteczność tych procedur.
Jak stanowi łacińska paremia z czasów Imperium Rzymskiego, nemo iudex in sua causa, czyli nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. Najwyraźniej zasada ta nie ma zastosowania do MON. Ludzie odpowiedzialni za niedociągnięcia w procedurach szkoleniowych i bezpieczeństwa lotów, próbują wybielić siebie i resort obrony narodowej, zrzucając gros odpowiedzialności na obsadę tzw. wieży kontroli lotów na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj.

Jak twierdzili eksperci, materiał przedstawiony przez komisję min. Millera daje Rosjanom więcej argumentów, niż nam. To bardzo nieudolna próba zrzucenia odpowiedzialności - mówił Jan Osiecki. - To potwierdza tylko raport MAK, a nawet dodaje nowe fakty, które nie były przedstawione w nim przedstawione - jeden z pilotów pyta się na przykład jak przeliczyć 1500 metrów na stopy. To żenujące. Pokazuje, jak ta załoga była przygotowana do lotu - mówił autor książki o przyczynach katastrofy.
W poprzedniej GD zadałem pytanie, jakim cudem nawigator podawał dowódcy dane o wysokości w metrach, skoro Tu-154M nr 101 wyposażony był w przyrządy nawigacyjne zgodne ze standardami ICAO, a więc wyskalowane w stopach, węzłach itd., a nie metrach, km/h. W Europie nikt poza Rosjanami (i może Białorusinami) nie stosuje w lotnictwie wojskowym jednostek metrycznych, a w lotnictwie cywilnym nawet Rosjanie musieli przyjąć standardy narzucone przez ICAO.

Jak mówili obaj eksperci, prezentacja definitywnie podważa tezę o zamachu - Na początku podano nam rozmowy na wieży w momencie, kiedy pasażerowie TU154 zajmowali miejsca - mówił Łuczak. Te rozmowy pokazywały, że kontrolerzy już wtedy byli pod dużą presją, by Polakom powiedzieć, że ten lot nie ma sensu.

Nagrania podważają także parę innych tez strony polskiej. Na nagraniu słychać, że piloci dostają dokładną prognozę pogody, w języku angielskim. Nie mogły zajść problemy z rozumieniem rosyjskiego.

Według rozmów, kontrolerzy nie wiedzieli, że samolot wystartował - Kontrolerzy nie dostali takiej informacji. Dowiedzieli się o tym nieoficjalnie, własnymi kanałami, dopiero kiedy samolot zameldował się w Moskwie - mówił Osiecki.

Jak twierdzi Wojciech Łuczak, załoga TU-154 wiedziała, że oprzyrządowanie lotniska jest na prymitywnym poziomie. Już w roku 2000 gubernator Smoleńska mówił, że lotnisko nie nadaje się do użytku. Jesienią 2009 r. do strony polskiej dotarło pismo, że lotnisko jest uruchamiane na specjalne okazje. Ewidentne jest to, że załoga polska była poza ścieżką, obok. To się wielokrotnie zdarzało. Ale dlaczego to się stało? - pytał wydawca "Raportu". Według niego, kontroler widział na przyrządach które się do niczego nie nadawały, niepełny obraz. Podawał, mniej więcej, odległości i oczekiwał, według rosyjskich procedur - informowania o wysokości. Tego się nie doczekał.
W poprzedniej GD i w jednej z jeszcze wcześniejszych wskazywałem na ułomności RSL (radiolokacyjnego Systemu Lądowania) zainstalowanego na lotnisku w Smoleńsku. Od wysokości 100-150 m kontrolerzy nie mieli precyzyjnych danych o pozycji naprowadzanych samolotów, dając im wskazówki do podejścia na czuja, w oparciu o wcześniej wypracowane procedury i ścieżki podejścia. I być może udałoby im się i tym razem, gdyby rządowa Tutka trzymała się ustalonej zawczasu ścieżki, a nie nurkowała gwałtownie w związku z opieraniem się na wskazaniach nieodpowiedniego przyrządu i mniej lub bardziej przypadkowym przestawieniem wysokościomierza barycznego na ciśnienie normalne (1013 hPa).

Rosjanie z Iła wyszli z tego cało, bo procedur przestrzegali - mówił Łuczak. Jak powiedział, prośba o międzynarodowy arbitraż z takimi argumentami skończy się "wielką kompromitacją".
Podana podczas konferencji informacja, że Jak-40 lądował bez zgody wieży pogrąża tylko naszych pilotów. Abstrahując od wiarygodności tego twierdzenia w kontekście stenogramów korespondencji radiowej między Jak-iem a wieżą w Smoleńsku, takie stwierdzenia podważają wiarygodność i kompetencje pilotów 36 splt. Jeżeli pilot rządowej maszyny zdecydował się lądować, nie otrzymawszy zezwolenia wieży, to naruszył WSZELKIE możliwe procedury, wykazując się lekkomyślnością, brawurą i brakiem poszanowania dla życia
i zdrowia przewożonych pasażerów.
Teraz rozczaruję wszystkich, którzy uważali mnie za entuzjastę PO i zaskoczę wszelkich PiS-fanów. Sposób przygotowania i przeprowadzenia konferencji, pokrętne wyjaśnienia Bogdana Klicha (ministra, nie eksperta PKBWL) na wspólnym posiedzeniu sejmowych komisji sprawiedliwości, spraw zagranicznych i obrony narodowej, nieuchronnie prowadzą do może i radykalnego, ale jedynego rozsądnego wniosku: zwołanie tej konferencji było rozpaczliwą próbą ratowania wizerunku aktualnego Szusowanie w Dolomitach odbiło się premierowi czkawką, bezwzględnie (acz skutecznie) wykorzystane przez opozycję.
Patrząc na to wszystko, dochodzę do ponadczasowego wniosku: Polacy nie potrafią się jednoczyć. Każdą okazję wykorzystają do tego, aby dzielące ich różnice wykorzystać dla swoich partykularnych celów. Zamiast zjednoczyć wysiłki w celu podważenia ustaleń raportu MAK (pomijając kwestię bardzo rzetelnego odzwierciedlenia technicznych aspektów katastrofy, których podważyć się nie da), koalicja i opozycja będą prowadzić wzajemne wojny podjazdowe w celu wykazania, która strona miała rację. Jakie to polskie...
13 komentarzy

Poniedziałek [17.01.2011, 21:09]
Nowo odczytane słowa brzmią: "Nic nie widać". Nie wiadomo kto je wypowiedział. Sekundę później kapitan Protasiuk dał komendę: "Odchodzimy". Sekundę później drugi pilot
potwierdził - "Odchodzimy".
W tym momencie Tu-154 był około 80 metrów nad ziemią. 14 sekund później nastąpiła katastrofa.
Wydaje się, że od momentu, gdy kpt. Arkadiusz Protasiuk wypowiedział komendę: "Odchodzimy" do chwili katastrofy było dość czasu do wyprowadzenia samolotu - ocenił płk Mirosław Grochowski, wiceprzewodniczący polskiej komisji badającej wypadek Tu-154.
Według ekspertów to kluczowa sprawa. Rosjanie stwierdzili bowiem, że Polacy nie próbowali zdecydowanie przerwać procedury zniżania. Tymczasem ustalenia krajowych fachowców mówią zupełnie co innego.
Dlaczego zatem mimo, że piloci mieli mieć wystarczająco dużo czasu na to by poderwać samolot do góry, nie zrobili tego? Nie wiadomo.
Odpowiedź na to pytanie zdaje się przynosić wypowiedź Edmunda Klicha, polskiego przedstawiciela akredytowanego przy MAK. Jeżeli piloci odchodzili w automacie, to zapewne zdziwili się, że nic się nie działo.
Właśnie.
Zapisy rejestratora parametrów lotu wskazują na to, że automat sterowania ciągiem i oba kanały autopilota wyłączone zostały na 5 sekund przed uderzeniem w ziemię. To stanowczo za późno, żeby Tutkę, jeszcze wciąż mocno obciążoną paliwem (powyżej norm określonych w AIP Russia dla lotniska Smoleńsk-Siewiernyj) wyciągnąć w górę. Zdaniem ekspertów, czas wymagany, aby silniki Tu-154M rozkręciły się do pełnej mocy wynosi 5-6 s.
Wyłączenie automatycznych systemów naprowadzania nastąpiło więc o 5-6 s. za późno. Jak obrazują to wykresy z rejestratora parametrów lotu, na 5 s. przed uderzeniem w ziemię, manetki sterowania ciągiem wszystkich trzech silników zostały pchnięte do przodu do dechy. Gwałtownie podskoczyły obroty silników, samolot został również gwałtownie poderwany w górę (o czym świadczą zapisy przechyłomierzy). Ułamek sekundy później nastąpiła kolizja z brzozą, skutkująca uszkodzeniem skrzydła i rozpoczęciem niekontrolowanej beczki, zakończonej uderzeniem w ziemię w pozycji odwróconej.

Kluczowe zdają się tu słowa Edmunda Klicha: jeżeli odchodzili w automacie.... Właśnie. Jeśli odchodzili w automacie, to znaczy, że podchodzili w automacie i potwierdzają to zapisy rejestratora parametrów lotu. Jeżeli podchodzili w automacie, to złamali procedury, bo automatyczne podejście jest dozwolone wyłącznie na lotniskach wyposażonych w ILS, który niemalże sam, wyręczając załogę, sprowadza maszynę na ziemię, wysyłając do autopilota i automatu sterowania ciągiem odpowiednie sygnały sterujące, ustawiając samolot na najbardziej odpowiedniej ścieżce podejścia.
Piloci rządowej Tutki z prezydentem, ministrami, generalicją i innymi znakomitościami na pokładzie, poszli na łatwiznę, pozwalając automatyce ustalić ścieżkę podejścia do lotniska, którego nawet nie było w bazie danych systemu TAWS.
W dodatku nawigator podawał dowódcy dane z radiowysokościomierza, dając się zwieść przyrządowi, który w przeciwieństwie do człowieka nie mógł wiedzieć, że pod maszyną jest wąwóz. Nawigator podawał więc dowódcy załogi nierzeczywiste dane, przez kilka sekund powtarzając wysokość 100 m (swoją drogą ciekawe, że w metrach, skoro zgodnie ze standardami ICAO przyrządy wyskalowane były w stopach), podczas gdy wysokość względem osi pasa błyskawicznie malała (samolot przelatywał nad wąwozem). Dowódca, opierając się na danych podawanych przez nawigatora, jednocześnie skupiony na wypatrywaniu ziemi, a nie na swoim zestawie przyrządów, w oparciu o te dane wprowadził maszynę na bardziej stromą ścieżkę podejścia, skutkującą tym, że samolot miał zbyt wysoką prędkość i zbyt mały kąt natarcia, aby dało się go wyprowadzić ze zniżania nie ryzykując przeciągnięcia.
I nawet jeżeli kontrolerzy ze Smoleńska wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi, nie ostrzegli załogi 101, nakazując im w nieparlamentarnych (jak to zazwyczaj ma miejsce) słowach odejścia na krąg, nawet jeśli ktoś na Kremlu dostawał sraczki na samą myśl o tym, jaki skandal wybuchnie, jeżeli samolot z polską delegacją nie wyląduje w Smoleńsku i kazał kontrolerom za wszelką cenę sprowadzić Tutkę na pas, nie zmieni to faktu, że podjęta przez załogę na 5 s. przed uderzeniem rozpaczliwa próba wyprowadzenia maszyny z góry skazana była na niepowodzenie. Zabrakło 5-6 sekund...

40 komentarzy

Sobota [15.01.2011, 10:59]
Słucham sobie i czytam komentarze wszelkiej maści "fachowców" nt. raportu MAK. Słucham i uszom nie wierzę. Czy którykolwiek z nich zadał sobie trud przeczytania 210 stron opracowania napisanego trudnym, technicznym językiem? CZy któykolwiek z nich opierał swojąkrytykę na własnej wiedzy o treści raportu, a nie na prasowych czy też politycznych spekulacjach?
Można, a w tym przypadku nawet trzeba, krytykować sposób, w jaki Rosjanie ogłosili swój raport oraz ich podejście do uwag zgłoszonych przez stronę polską.
Ale obrażać się na - owszem brutalne - ale jednak FAKTY? Pomijam tu "rewelację" o wynikach badania na zawartość alkoholu w organizmie gen. Błasika - mało istotną z punktu widzenia dochodzenia przyczyn katastrofy, ale bardzo "medialną", zwłaszcza jeżeli faktycznie generał wchodził do kokpitu i dyskutował z załogą w kwestii podjęcia decyzji o wykonaniu podejścia do lądowania.
Raport MAK obnaża brutalną prawdę o systemie szkolenia w polskich SIłach Powietrznych. Prawdę, o której pisałem w jednej ze swoich starszych GD pt. "Afganistan i F-16 przyczyną zapaści w polskim lotnictwie?"
Prawdę, o której mówili polscy eksperci, wskazując na dramatyczne obniżenie dyscypliny w polskim wojsku (a zwłąszcza w Siłach Powietrznych) w ostatnich 10-15 latach, na spadek wymogów technicznych i formalnych, jakie spełnić musieli jeszcze do niedawna piloci 36 splot.
Prawdę o przypadkowym, by nie powiedzieć losowym, doborze członków załóg rządowych maszyn, wynikającym z braku doświadczonej kadry, któa sfrustrowana dramatyczną sytuacją polskiego lotnictwa wojskowego postanowiła poszukać szczęścia w cywilu.
Posłużę się teraza kilkoma cytatami z opracowanego przez prawdziwych fachowców komentarza do raportu MAK.
"Raport MAK wskazuje na kilka przyczyn podstawowych oraz dodatkowe okoliczności, które według Rosjan doprowadziły do katastrofy rządowego Tu-154M z Prezydentem RP na pokładzie.Żadna z nich nie jest związana ze stanem technicznym samolotu. Zdaniem MAK był on sprawny w chwili wylotu z Warszawy, a ilość zatankowanego paliwa pozwalała na bezpieczne wykonanie przelotu zarówno do Smoleńska, jak i na wyznaczone lotniska zapasowe. [...] Zgodnie z raportem, silniki oraz systemy pokładowe funkcjonowały bezawaryjnie do chwili kolizji. Nie stwierdzono również skutków działania ładunków wybuchowych ani oznak pożaru. Ogień pojawił się dopiero po uderzeniu w ziemię."

"Rosjanie zwrócili uwagę na względnie małe doświadczenie załogi, skompletowanej w ostatecznym składzie dopiero 2 kwietnia. Dowódca Tu-154M wylatał na swoim stanowisku 530 h (ustalenia strony polskiej wskazują na nieco ponad 492 h, przy łącznym nalocie ponad 3,5 tys. h), II pilot 198 h (193,5 h / 1909 h), nawigator 59 h (przy nalocie ogólnym 1060 h), technik pokładowy 59 h (330 h, identyczny z nalotem ogólnym). Najstarszy z nich miał 37 lat. Żaden z członków załogi nie przeszedł szkolenia na pełnym symulatorze Tu-154M, zaś szkolenie, przy przejściu II pilota i nawigatora, z lotów na Jakach-40 do Tupolewów odbywało się na starszym typie tego samolotu. Jedynie dowódca władał językiem rosyjskim na poziomie, gwarantującym poprawność komunikowania się z kontrolerami."
"Dowódca rozpoczął zbyt późno zmniejszanie wysokości w czasie podchodzenia do lądowania. 6,3 km od pasa lotniska, nad pierwszym markerem, samolot znajdował się na wysokości 420 m, o 120 za dużej od optymalnej, zapewniające zniżanie z prędkością 5-6 m/s.

W związku z tym załoga realizowała manewr na autopilocie, zmniejszając wysokość z prędkością 7-8 m/s, i utrzymując tę wartość aż do wysokości 30 m. Nie stwierdzono przy tym prób wyrównania na wysokości 100 m, co proponowała wieża i co wcześniej potwierdziła załoga.

Zwrócono przy tym uwagę, że nawet w warunkach dobrej widoczności, na wysokości 40-50 m prędkość pionowa musi zostać zredukowana do 4-5 m/s, dla bezpiecznego przeprowadzenia manewru przyziemienia. Uznano, że przekroczenie w złych warunkach atmosferycznych bariery wysokości 100 m, z prędkością pionową 7,5-8,5 m/s, było absolutnie niedopuszczalne. W takich okolicznościach, i przy prędkości poziomej ok. 280 km/h (15 km/h za dużej od optymalnej), manewr wyrównania pochłania ok. 30 m wysokości. Tymczasem zniżania nie zaprzestano nawet po komendach systemu TAWS i po przekroczeniu wysokości 60 m.

Rosyjscy specjaliści uznali więc, że bezpośrednią przyczyną katastrofy było zbyt późne podjęcie decyzji przez pilota o odejściu na drugi krąg. Zaznaczyli, że powodem mogło być skupienie uwagi dowódcy na wypatrywaniu ziemi, z pominięciem wskaźników, głównie prędkości pionowej."

Podobne okoliczności wskazano jako przyczynę katastrofy CASY pod Mirosławcem. Czyżby więc była to systemowa bolączka naszych Sił Powietrznych, że załogi samolotów transportowych nie potrafią skupić uwagi na wskazaniach przyrządów, bo zamiast tego wypatrują ziemi przez okna kabiny?
Ponadto Rosjanie, co potwierdzają stenogramy zapisów z czarnych skrzynek, wskazują na "brak odpowiedniej współpracy w ramach załogi. Inny lotnik powinien bowiem nadzorować wskazania urządzeń kokpitu. Dowódca nie określił np. zadań poszczególnych członków załogi, II pilot zachowywał się pasywnie, a nawigator nie poinformował o wysokości nad pierwszym markerem, zaś później nie ostrzegał przed osiąganiem kolejnych krytycznych wysokości. Ten stan uznano za jeden z czynników pośrednich tragedii.

Związane z tym jest również oparcie określania wysokości na podstawie wskazań radiowysokościomierza oraz błędne ustawienie ciśnienia w wysokościomierzu klasycznym, co doprowadziło do błędnych odczytów.

Samolot podchodził do lądowania z zastosowaniem automatycznego pilota oraz automatycznego sterowania ciągiem, co jest procedurą stosowaną podczas podejścia z zastosowaniem systemu ILS. Zastosowanie automatyki jest jednak według MAK niedopuszczalne podczas podejścia nieprecyzyjnego."

Chętnie teraz poczytam komentarze zawierające rzeczową polemikę z ustaleniami faktycznymi MAK. Zostawmy na chwilę politykę, analizujmy fakty. Te, niestety, wskazują na kardynalne błędy nie tylko załogi, ale również jej przełożonych, z najważniejszymi decydentami w MON włącznie.

104 komentarze

Piątek [17.12.2010, 15:33]
http://www.tvn24.pl/-1,1686465,0,1,nasza-porazka-bylo-zostawienie-polakow-samych,wiadomosc.html

Cóż, panowie politycy. pogratulować ręcznego sterowania prokuraturą w sprawie Nangar-Khel i potraktowania siódemki żołnierzy jak najgorszych bandytów.  Pokłosiem tych zdarzeń jest fakt, że Polacy rzekomo boją się odpowiadać ogniem. Piszę rzekomo, ponieważ zwykle tego typu "rewelacje" są mocno przesadzone.
Pogratulować decyzji o przejęciu odpowiedzialności za prowincję Ghazni przy niewystarczających siłach i środkach PKW Afganistan. Zaiste mickiewiczowskie mierzenie sił na zamiary. Dzięki chęci "zabłyśnięcia" przed Wielkim Bratem zza oceanu, polscy żołnierze postawieni zostali przed zadaniem niemalże awykonalnym.
Pogratulować ładowania ciężkich pieniędzy w misję, z której doświadczenia nijak nie przydadzą się w obronie naszego kraju.
Pogratulować "inteligencji" premiera, który zastanawia się, dlaczego przez 20 lat po zmianie ustroju wojsko polskie inwestowało w sprzęt, cyt. "zupełnie nieprzydatny w misjach takich, jak ISAF".
Może dlatego, że nikt wtedy nie przewidział, że będziemy napadać na pustynne, kraje w Zatoce Perskiej, a inne równie niegościnne i jakże różniące się pod względem geograficznym od naszej ojczyzny, "stabilizować" przy pomocy garstki źle wyposażonych żołnierzy?
32 komentarze
« Następne Oglądasz 1–10 z 141

Ostatnie komentarze

© Pardon 2006-2012. Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszystkie tagi | Kontakt | Reklama
Korzystanie z serwisu oznacza akceptację Regulaminu. | FAQ

używane auta, nieruchomości ogłoszenia, RTV - telewizory, kamery wideo, AGD - zmywarki, kuchenki, pralki,
aparaty fotograficzne i cyfrowe, notebooki, laptopy, biustonosze, perfumy, buty damskie, bielizna damska